1973 r. w Sztokholmie doszło do napadu na bank, który wiąże się z powstaniem terminu „syndrom sztokholmski”.
Złodzieje przez 6 dni więzili zakładników. Kiedy schwytano napastników i uwolniono osoby przetrzymywane w banku, ku zaskoczeniu wszystkich okazało się, że zakładnicy darzą niezrozumianą sympatią swoich oprawców. Nie chcieli składać zeznań obciążających niedoszłych rabusiów, nie współpracowali z policą. Jeden z uwolnionych zorganizował nawet zbiórkę pieniędzy na sfinansowanie pomocy prawnej dla aresztowanych, a jedna z kobiet zaręczyła się z jednym z napastników. To dziwaczne zachowanie przeanalizował współpracujący wtedy z policją szwedzki kryminolog i psycholog Nils Bejerot. W swoim opracowaniu pierwszy raz użył terminu „syndrom sztokholmski”, który błyskawicznie stał się popularny na całym świecie. W psychologii oznacza silną więź emocjonalną wręcz sympatię, którą ofiara odczuwa do swojego oprawcy.
Jest mnóstwo książek i filmów, w których występuje motyw „syndromu sztokholmskiego”. Odnajdziemy go choćby w serialu Dom z papieru (2017-2021) i to w różnych wariantach. Tam nie tylko filmowi zakładnicy ulegają urokowi zuchwałych napastników. Wszyscy jako widzowie błyskawicznie zakochujemy się w tej bandzie przestępców, stając się zakładnikami ich przygód, przykutymi do telewizorów na długie godziny.
Jednak tylko dwie produkcje dokładnie przybliżają nieprawdopodobne okoliczności, w jakich ów termin został ukuty. Pierwszy to szwedzko-norweski Norrmalmstorg w reżyserii Håkana Lindhé (2003). Drugi to brawurowa amerykańska komedia kryminalna w doborowej obsadzie.
Film: Sztokholm (Stockholm), reż. Robert Budreau (2018) – Absurdalna i niewiarygodna historia, która wydarzyła się naprawdę.
Idealne połączenie kina sensacyjnego z absurdalną, czarną komedią. Solidne role Ethana Hawke, Noomi Rapace i Marka Stronga. Świetnie oddany klimat barwnych lat 70., który dopełnia dobrze dobrana muzyka.
Niewiarygodnie dobre scenariusze pisze samo życie!


Komentarze